herbacianablog |
||||
|
2010-10-22 23:46:38 na moment no może i bym popisała trochę czasem... skomentuj (1) 2010-04-27 22:23:45 a bo ja nie wieeem... Świeżo nabyta trzydziestka chyba jednak mnie nie rusza. Owszem, nieco dziwnie jest pamiętać tyle rzeczy z własnej przeszłości i na dodatek pamiętać swoich rodziców - gdy byli w tym wieku. I dziwnie smutno mi, jak sobie pomyślę, że tamte wszystkie Kasie, które wcześniej były - że już ich nie będzie, że koniec i kropka, przeszłość i tylko w mojej głowie. Ale poza tym spoko. Znowu dziwne zawirowania mieszkaniowe, na razie się klaruje, jak się wyklaruje, to się pochwalę. Balet jest boski, rozciąganie jest boskie, flamenco jest boskie (żadna samba, żadna salsa, nie - o nie, flamenco rulez... gdybym miała jeszcze trochę czasu, zapisałabym się / nas na tango, bo też frajda). Milion zajęć - hiszpański i e-kursy, najbardziej mi praca w tym wszystkim przeszkadza. Gdzie ja jeszcze studia zmieszczę... ale zmieszczę, chcę bardzo, zależy mi i koniec. W ogóle to nie chce mi się dziś tu pisać nic, nieskładne jakieś mi to wychodzi, więc umykam czym prędzej, strzałeczka, Szanowni Państwo :) P.S. A tytuł notki wiąże się z kurą i okręgiem kredą malowanym :) skomentuj (1) 2010-03-27 10:15:54 living on the edge :) Na granicy, balansuję na granicy zdrowia psychicznego - czasem jest dobrze, znowu mam w sobie tyle energii, że mogłabym ją rozdawać wszystkim wokół, tyle optymizmu i chęci. A czasem czuję, że jeszcze moment i nie dam rady, że wysiłek, jaki wkładam w kontrolowanie myśli i uczuć jest tak wielki, że za chwilę nastąpi samozapłon i głowa mi się rozpuknie na części. Cholerne hormony, cholerny brak równowagi. Ciężko jest na każdym kroku oddzielać to, co włąsne i prawdziwe, co w środku na 100% jest - od tego, co chwilowe, co wyłazi, bo znowu gdzieś mi się coś w ciele nie zgadza. Banał, ale faktycznie - zdrowe ciało, duch też zdrowy. Myśli mi się rozłażą znowu, irytują mnie jakieś takie popierdółki - patrzę na siebie z boku i myślę => no coś Ty, Kasia, wyluzuj, nic się nie stało - i jednocześnie piana na ustach, wkurw ekstremalny, dłonie zaciśnięte w pięści i mogłabym bić wszystko naokoło. Absolutny brak harmonii między "chwilowo" a "normalnie". Cały czas w głowie włączony filtr i co chwila wyje syrena, że znowu jakiś wirus w oprogramowaniu próbuje się przebić, że znowu mózg strajkuje. Nie wspomnę już o tym, że znów zapominam, nie wiem, co móiłam, co mówił ktoś, gdzie położyłam, czy już to robiłam, czy nie. Dalej, mówię coś i nagle nie wiem, jakiego słowa użyć, wiem, że znam słowo, że mam je na końcu języka, że to jest oczywiste i proste - i absolutnie, za żadne skarby nie mogę sobie go przypomnieć. Albo: mówię i zamiast jednego wyrazu używam drugiego, owszem, podobnego - bo albo się rymuje, albo zaczyna podobnie. Czasem wychodzi zabawnie, ale i tak frustruje. Znowu jem tabletki, uzupełniam to, czego brakuje, za dwa tygodnie powinno być już dobrze, ale te dwa tygodnie mnie wykończą. Gdybym wiedziała, że już więcej tak nie będzie, że się ustabilizuje, że ten jajnik mój zakichany przestanie robić sobie żarty - ok, wytrzymam i dłużej. Ale tak? Z perspektywą takich akcji do końca życia? No, dobra, do 60tki. Przeraża mnie to. No szlag by to wszystko,no... skomentuj (3) 2010-03-20 09:49:43 wiosna idzie? Jeszcze słońca za mało, jeszcze wiatr i temperatura troszkę za niska, ale jest lepiej :) Zaczynam wierzyć, że w końcu ta cholerna wiosna w błękitnej sukience weźmie krokusy na ręce i je wykąpie w rosie i ubierze w nowe płatki (chyba do końca życia będę pamiętała piosenki z przedszkola). Tymczasem:
Czyli - jakoś tak dobrze się robi, mimo wyników badań odbiegających od wzorca. Czuję się lekko i mam apetyt na tyle rzeczy! Uczyć mi się chce, aż mnie mózg swędzi, najchętniej nie wychodziłabym z książek, jak tak dalej pójdzie, to chyba w końcu się serio za ten doktorat wezmę, co o nim myślę od jakiegoś czasu. I kończę już, bo a) jakoś podejrzanie optymistycznie mi się tu zrobiło, b) na hiszpański brykam, a jeszcze baletki muszę kupić. Zapomniałam się pochwailć: w poniedziałek koncert Paco :) Już się cieszę powoli. skomentuj (1) 2010-03-13 20:29:36 chemia? Prawdopodobny brak równowagi chemicznej w organizmie skutkuje czymś na kszałt depresji. Płaczę co i rusz, przyczyny pozostają nieznane. Znów jest gorzej, a było tak fajnie. Znów chcę wywracać życie do góry nogami, a cichy głos z tyłu głowy chichocze się bezczelnie i komentuje => przecież wiesz, że to pewnie nie pomoże. A może ja wariuję powoli? A może to jest mój normalny stan i na nic innego nie powinnam liczyć i trzeba się zacząć przyzwyczajać? A może dopiero w chwilach osłabienia odporności psychicznej wnioski na temat własnego życia są trafne, bo nie mąci ich bezpodstawny optymizm i debliny radosny uśmiech, jaki z reguły mam na twarzy? A może właśnie dobrze sobie kombinuję, może nie słyszę siebie na codzień i przez to co czas jakiś robi mi się cholerny kisiel zamiast mózgu? Póki co słucham się Męża, który łagodzi moje wybuchy koncepcyjne i ze spokojem niesamowitym tłumaczy, że w stanie bądź co bądź niepoczytalności nie należy podejmować decyzji. I czy to jest chore, że po skończonym okresie i negatywnym wyniku testu ciążowego mam wciąż nadzieję, że w środę lekarz zrobi mi usg i powie => pani Kasiu, ależ pani jest po prostu w ciąży... I tyle, i chyba coś zmienię na tym blogu, bo zaczęło mi z niego wychodzić coś dziwacznego i nie podoba mi się to już chyba wcale, nic, tylko coś tu marudzę. Ale słucham się Męża, zmiany później, jak sie okaże, czy fika tarczyca, czy znowu jajnik. Dobrze, że przynajmniej zajęcia z hiszpańskiego fajne i chudnę trochę nie wiem od czego. skomentuj (2) 2010-02-14 23:02:21 spóźnione Mój nowy laptop jest fantastyczny, pozwólcie przedstawić sobie Stefana, ma niesamowicie wygodną klawiaturę (pierwsze wrażenie dziwności znika po dwóch godzinach), jest przeładny. Walentynki dziś, he he. Uwaga, uwaga, na trzy cztery wszyscy mówimy KOCHAM CIĘ. He he. Spać mi się chce, a nie pisać, w zasadzie to siadłam tylko po to, żeby napisać: SPÓŹNIONE POSTANOWIENIE NOWOROCZNE: RZUCAM PALENIE. Zostawiam ten paskudny nałóg, nie będę więcej się truła, nie chcę mieć raka w płucach i umrzeć, nie chcę mieć rurki w gardle, nie chcę kasłać, nie chcę, żeby wszystko śmierdziało fajami, nie chcę panikować, bo środek nocy, a mi właśnie się ramka skończyła, no nie chcę. Nie chcę, żeby moje samopoczucie zależało od cholernej nikotyny, nie chcę wydawać mnóstwa pieniędzy na truciznę, wiem, że dam radę, jestem pewna, że uda mi się nie palić, pół życia (dokładnie pół!) nie paliłam, nie miałam z tym żadnego problemu, więc potrafię działać świetnie bez papierosów, a skoro potrafię i chcę, to będę, koniec kropka, decyzja podjęta, wkraczam w fazę realizacji. Dziś ostatni papieros i basta. I świetnie się z tym czuję, po chwilowym ataku lęku i paniki (no bo jak to tak, całe życie już bez?) przyszła absolutna pewność, że sobie poradzę, że będzie dobrze, bo jak ma być? No jak? skomentuj (5) 2010-02-09 11:55:48 fuj! No i klops, znowu zwolnienie, antybiotyk, siedzę w domu przez najbliższy tydzień, szlag mnie trafi i koniec. Najgorsze, że poza dźwiękami godnymi starego trabanta, które wydobywają się gdzieś z okolic płuc - poza tym nic mi nie jest, czuję się świetnie, energii mam na full, chęć do pracy jak dawno nie miałam - no i klops, zostałam oficjalnie uziemiona i jeszcze na dodatek nakrzyczana delikatnie, że co ja sobie myślę, z takim czymś łazić po świecie, zamiast leżeć i się leczyć. Phi... Z pozytywnych: mam nowego laptopika, śliczny jest, chociaż klawiaturę ma dziwaczną. Ale jest mój własny, prywatny. Radość i szczęście :) W związku z powyższym nic więcej nie piszę na razie - muszę się zapoznać z nową zabawką. Sija. skomentuj (2) 2010-01-28 22:41:31 choro i zakatarzono Smarkata jestem. Zakichana Kasia. W związku z fatalnym stanem zdrowia nie poszłam słuchać slamowania i nie popatrzyłam z uśmiechem na Mateusza. Nie poszłam też do pracy, w sensie fizycznym, bo ciało moje na kanapie usadzone i w koc zawinięte szczelnie - ciało moje dzielnie wytrzymało przed komputerem, a mózg (mimo niskiej wydajości, mimo oporów i bólu glowy) odwalił kawał solidnej roboty. Z okazji zimy, bieli depresyjnej, choroby, początków roku popadłam w nastrój melancholijno-refleksyjny. I jak Słowacki sobie myślę, że smutno mi, chociaż morza nikt nie złoci i tęczy promienistej brak. Zbudziłam się dnia jednego, popatrzyłam na siebie w lustrze i pomyślałam. I rezultaty myślenia mnie przerosły. Myślenie szkodzi. Ryzykowna zabawa. Ale i tak wiem, że będzie dobrze. Mam niemalże pewność, że wszystko się ułoży właściwie, najlepiej. Być może tylko kształt tego najlepiej będzie zaskoczeniem. I dlatego zawieszam myślenie o myślenia wcześniejszego rezultatach i wracam na ziemię, za dużo rzeczy wokół się dzieje, trzeba obserwować i brać udział. A reszta niech sobie sama radzi :) Na przykład w czwartek za dwa tygodnie w Operze Narodowej chyba jest wieczór japoński i jak tylko uda się zdobyć bilety, to zabiorę tam Męża, bo on lubi. Ja niezbyt, ale potowarzyszyć mogę. A w Filharmonii Narodowej Możdżer ma grać Chopina w lutym jeszcze. Też miło, bo akurat jego granie lubię szalenie. *** Siedzenie mnie jednak męczy strasznie. Ja nie wiem, jak niektórzy dają radę całe życie tak... statycznie spędzać. *** Z kategorii "plany na jutro":
EDIT: Z ostatniej chwili:
skomentuj (4) 2010-01-24 21:09:50 i po weekendzie Impreza sobotnia bardzo miła, nie powiem. Co prawda rzeczywistość rzucała kłody pod nogi (w co ja się ubiorę / rany, buty się zepsuły, muszę się natychmiast przebrać / czemu jest tak zimno, a taksówki nie chcą jechać), ale udało się dotrzeć na miejsce, nie zabiłam po drodze Ślubnego (i to był cud, daję głowę...), fajnie było. Dziś leżenie w łóżku do godzin obiadowych, przyjemnie. A potem ścianka - wybrałam się w końcu na szkolenie (zaświadczenie nawet dostałam), wlazłam kilka razy pod sam sufit sali, ręcę poczułam bardzo dokładnie - męczący sport, ale rewelacyjna zabawa, zostałam fanką. I koniec dobrego, jutro do pracy, nie to, żeby mnie specjalnie pracowanie bolało, ale jak pomyślę o dojechaniu tam i powrocie do domu (a potem jeszcze balet!!!), to coś we mnie popiskuje żałośnie. I w głowie pojawia się zdanie: byle do wiosny! skomentuj (2) 2010-01-22 18:25:38 zima - ciąg dalszy He he, a ten śnieg, co zalega wszędzie, on kiedyś się roztopi, ale będzie ubaw. Zmarzłam w drodze z pracy solidnie, zwłaszcza stopy ucierpiały, nie poszłam więc na balet, grzeję się w kocyk opatulona. Zaraz się zbiorę i porozciągam kończyny, a póki co cieszę się chwilą samotności w mieszkaniu - ostatnimi czasy jakoś mało jej mam, bo dużo zajęć, a wieczorem Mąż już jest. A lubię czasem sama posiedzieć. Jutro impreza pracowo-urodzinowo-taneczna, doczekać się nie mogę, mam przeszaloną ochotę się bawić, ojej, jaką mam ochotę. Również jutro: fryzjer, bo włosy stają się nieznośne i nie słuchają się mnie wcale. Opanuję pierwszy odruch i zostawię długie, chociaż gdyby nie temperatury niewątpliwie ujemne, mogłoby skończyć się jak zwykle - na pięciu mm. I tyle, nic nowego. Peen => byłabym niezmiernie wdzięczna za udostępnienie mi Twojego bloga - adres mailowy: herbaciana.blog.pl@gazeta.pl skomentuj (2) 2010-01-16 12:11:13 a za oknem ziiiiiiimaaaa!!! Wzdłuż ulicy śniegowe ogródki, a pamiętam przecież, że kiedyś rosła tam trawa i psie kupy. Buty ze sztywną od mrozu podeszwą nie gwarantują dobrego wyczucia nawierzchni, każdy krok może zakończyć się zjazdem do poziomu zdecydowanie poniżej linii wzroku (jest ryzyko, jest zabawa...). Szalik zamarza tuż przy ustach i robi się taki biały, prawdopodobnie próbuje się zamaskować. Palenie papierosa przy oknie w kuchni poprzedzone owjaniem w (ba!)wełnę całego jestestwa, ale --pragnę zauważyć - z godnością i dostojeństwem. Przeolbrzymia pokusa, żeby się w śnieg rozpędzić, wytarzać, a potem śnieżki lepić i rzucać do przechodniów. Ech, pamiętam z dzieciństwa kombinezony specjalnie na tę okoliczność w szafie trzymane - wygląd ufoludka gwarantował absolutną ochronę i ciepło, pozwalając na właściwe użytkowanie pory roku. A teraz co? Nawet sofixów nie mam :( Nie wspomnę już o sankach i braku górki do zjeżdżania tuż za domem. Energię wydatkuję więc na zajęciach (balet rulez), czytam sobie po kawałku (Łaskawe). Piję pyszną kawę z ekspresu na małe kapsułki (jest kosmiczny i mruga zielonymi oczkami). Nadmiar energii pożytkuję ku uciesze Małżonka w sposób tradycyjnie uznany za rozgrzewający :) I tym optymistycznym akcentem... skomentuj (0) 2010-01-07 19:41:46 coraz starzej, he he Spóźnione NAJLEPSZEGO z okazji Świąt, co dawno temu. Mniej spóźnione NAJLEPSZEGO na konto roku, co nowy, choć już coraz mniej. Szybko o wszystkim: - Bruksela dalej nęci odrobinę, bardziej tam na miejscu, stąd nieco słabiej, ale i tak... - tabletki tarczycowe są cool i zostałam fanką euthyroxu, czuję się bosko, jak dawno nie (i przestało mi się chcieć sprzątać, Mąż się cieszy) - w związku z czym trochę mi zrywa (zachowuję się absolutnie nieprzystająco do wieku, mój stan ducha jest niekompatybilny z metryką) - balet jest fajowy i ja jednak kocham się ruszać Chodzę i myślę sobie o różnych rzeczach, ale nie chce mi się na razie nic pisać. Budowanie zdań wymaga czasu, a chwilowo wolny czas mam zajęty (ups, ależ styl...), wkręciliśmy się w serial i musimy go wyoglądać. Odkrycie roku: nie ma modelowego życia. I jesteśmy w ciemnej dupie, zupełnie po omacku. Ostatnie zdanie, mimo wszystko, napawa mnie optymizmem. A szafa powinna być w szafie, a nie wszędzie poza nią, więc ruszam swoje urosłe nieco po świątecznych ekscesach ciało i zrobię miejsce w mieszkaniu. (stałe problemy: 1. nie mam co na siebie włożyć, 2. ubrania nie mieszczą mi się w szafie, kto jeszcze tak ma - ręka do góry, możemy założyć jakieś kółko). Sija. skomentuj (2) 2009-12-06 17:03:52 nie to, że mi się nie chce, ale wolałabym jednak nie Oczywiście, chodzi o powrót do pracy. Upojne trzy tygodnie odpoczynku, błogiego robienia rzeczy, na które mam ochotę i absolutnego ignorowania tych, które budzą sprzeciw wewnętrzny :) Odpoczęłam, ale czuję, że mogłabym jeszcze. Dopiero zaczęłam się rozkręcać w odpoczywaniu, tak szczerze mówiąc. Przetrzymałam dzielnie okres totalnego zapuszczenia umysłowego i ustaniu funkcji myślenia (to na początku), śmiało postanowiłam rozpocząć absolutnie niepoważne aktywności (no, bo kto to widział, żeby w TYM wieku na balet się wybierać? nie wspomnę o tańczeniu hip hopu - swoją drogą, widok siebie w lustrze, nieudolnie próbującej naśladować rewelacyjną instruktorkę - bezcenny!!! śmiechu po pachy), oszalałam na punkcie pieczenia muffinek (pieczenia właśnie, nie jedzenia - jedzenie to domena Męża). Powoli zgłębiam literaturę fachową (iii, kieeeerownikiem byyyć... wciąż nie wiem, czy się do tego nadaję). I tak mi dobrze, tak błogo, tak spokojnie i bezstresowo. Powolutko wchodzę na coraz wyższe obroty, jeszcze tydzień, dwa - i może nawet chciałabym do pracy, bo potrzeba czynu we mnie dojrzewa. Ale jeszcze za mała chyba jest. Więc smutno, że koniec domowania się. W głośnikach Ella Fitzgerald, w piekarniku papryki faszerowane, za chwilę wymienię je na kolejną porcję rozkosznych babeczek (z jabłkiem będą, pychota). Dobrze mi dziś. skomentuj (3) 2009-11-06 21:49:49 całkiem nieźle Rzecz ujmując najogólniej, życie robi się znowu bardzo przyjemne. Uczę się nowych rzeczy, frajda niesamowita. Pozbywam się wrażenia marnowania czasu. Ciało przeszczęśliwe, najwyraźniej zdrowieje, a dodatkowo - taki bonus - dostało w prezencie zajęcia sportowe i niemal pieje z zachwytu. I tańczyć sobie znowu zaczęliśmy z Mężem. Cudeńka, cudeńka. W tle - kojąco Preisner plumka: to i dziewięć pozostałych, podobno łatwych i na pewno na fortepian. I klawiatura pianinowa kusi coraz bardziej (pianino wolałabym, ale cóż - zdecydowany brak miejsca). Pracowo próbuję się poukładać i w sumie, to ciekawa jestem strasznie efektów. He he, pewnie moich dwóch szanownych panów prezesów (nie, no ciągle mnie bawi myślenie o nich w kategorii prezesury...) jest ciekawych bardziej :) I jeszcze: kupuję sobie mojego przewłasnego, nowiutkiego laptopa. Zabiorę swoje pliki od Męża i się usamodzielnie komputerowo. A co, premię dostałam :) skomentuj (5) 2009-10-27 18:54:16 wieczorek we wtorek No i się toczy jakoś powoli to wszystko. Weekend pod znakiem wesela - koleżanka pracowa zasiliła szeregi pań zamężnych, było przewesoło. W pracy momentami zachowania przedziwne mi się zdarzają (sama siebie potrafię rozśmieszyć, no jak dziecko czasami reaguję...), ale jakoś tak pozytywnie się zrobiło, mam nadzieję, że się utrzyma na plusie. Żołądek po antybiotyku oskrzelowym wciąż nie może dojść do siebie, chyba polezę do lekarza po jakiś medykament. Jutro w Trafficu Sapkowski Andrzej podobno, aż się wybiorę chyba, książkę sobie pewnie kupię. Jesienna zabrała swojego bloga i gdzieś znikła, no i czemu tak??? Idą jakieś ludki do nas, to kończę. Strzałka. skomentuj (3) 2009-10-21 23:19:11 iii, sama nie wiem Rany jeju, ależ się tu ostatnio wylałam na zewnątrz. A wciąż jeszcze myśli na poziomie meta się plączą, cały czas. Zmienić pracę okazało się ciężko. Myślałam, że dojrzałam, że już jest ta granica, za którą nie da rady już nic. Polazłam, mówię, że problem i że ja to się wypisuję. Skala reakcji mnie zaskoczyła. I samą siebie też zaskoczyłam, bo ja nawet już sobie zdążyłam poukładać w głowie i jakoś przetrawić fakt, że już nie ci ludzie w przyszłości. Nawet jeśli nic sprecyzowanego na horyzoncie nie widać, wszystko mgliste i na być może. Ale kawał czasu razem spędzony robi swoje, a w sumie tę pracę to na pewnym odcinku autentycznie lubiłam. I tak pogadaliśmy z M&M's, wysłuchali moich egzystencjalnych jąkań, i słyszę, że absolutnie nie, że brak zgody i koniec kropka. I że pokombinujemy, że może jednak da się coś zrobić, żebym nie poszła precz w świat. I będziemy próbować. Nie mam wielkich nadziei. Chociaż nie, nadzieję to ja mam całkiem sporą, że odmieni mi się, jak to się wszystko inaczej poustawia, jak odpocznę dłuższą chwilę, jak będzie mnie tam mniej. Ale póki co głos zza sceny szeptem się odzywa, że śnię chyba, bo nie wchodzi się dwa razy do rzeki tej samej i do przodu trzeba, chociaż boli i źle. Nic to, spróbować warto, zwłaszcza, że równolegle będą się dziać inne rzeczy - może się poprawi. Chyba warto. Wcale nie jestem pewna, że podjęłam słuszną decyzję. Wcale nie jestem pewna, czy to najlepsze rozwiązanie. I znowu nic nie umiem na francuski jutrzejszy, jakoś nie mam głowy do tego ostatnio, trochę się lenię w tej kwestii, przyznaję się bez bicia. A ciśnienie mam 100/70 i nie wiem, czy to bardzo źle. Ale spać się chce diablo, więc zmykam pod prysznic i do łóżeczka. Do Zuuz: oczywiście, że nie mam tych cholernych słuchawek (ja nie wiem, czy toto kiedyś kupię, no jakoś nie mam do tego serca). skomentuj (5) 2009-10-17 11:42:13 wywewnętrzniam się, uwaga! Muzyka mi w głowie gra. Pierwsza jesienna i nostalgiczna. Druga bardziej... niejasna? Dwa tygodnie temu poczucie bezsensu podejmowanych działań, przygnębienie i niechęć do własnej osoby, rozedrganie wewnętrzne i inne złe, straszliwe stany ducha i umysłu - otóż dwa tygodnie temu mniej więcej wszystko to przybrało rozmiary przekraczające moje umiejętności autoterapii i postanowiłam wybrać się do lekarza do głowy. Ponieważ umówienie się poprzedziłam solidnym researchem (no, w końcu byle komu nie będę się spowiadać!), wolny termin był dopiero na wczoraj, i tak też w dniu wczorajszym wylądowałam u psychiatry, głównie po to, by upewnić się, że jeszcze nie zwariowałam i że normalnym ludziom też tak się czasem robi. Pan doktor popytał - o rodzinę, o choroby i operacje, o szczegóły życiorysu. W końcu powiedział, że już mogę zacząć się skarżyć. Ponieważ przez dwa tygodnie zdążyłam już nieźle zanalizować zawartość mojej głowy, poszło całkiem sprawnie. Wnioski: jaką ulgą jest możliwość opowiedzenia obcej osobie takich historii, które chowa się zwykle gdzieś w sobie głęboko, a czasem nawet udaje się, że ich nie ma. Jak lekko czuje się człowiek, jeśli może wyartykułować w końcu to wszystko, co męczy głowę - zwłaszcza, jeśli rozmówca nie ocenia, trzyma dystans, bo nie jest w żaden sposób związany z opisywaną rzeczywistością. Pogadałam, pogadałam, pan doktor pomyślał chwilę i stwierdził, że nie jest źle :) Spodziewałam się bardzo konkretnej diagnozy: że tu i tu odbiegam od normy, że muszę porpawić to i to, bo powinnam mieć czegoś więcej, a czegoś mniej, że poćwiczyć muszę jedne rzeczy, a inne zostawić w spokoju. A tu nic. Okazało się, że nie istnieje norma poprawności stanu głowy. Nie będzie recepty, która zagwarantuje spokój i szczęśliwość. Pan doktor w kilku słowach podsumował mnie (Pani Kasiu, powiedział, wygląda na to, że nawarstwiły się pani różne problemy, znalazła się pani w takim chaotycznym punkcie życie, ale wykazuje pani duży dystans do siebie i sporą dawkę krytycyzmu stosuje, więc powinno być dobrze. Sam fakt, że nie godzi się pani na to, co się dzieje w pani głowie, jest świetną prognozą.) i tak sobie pomyślałam, że on ma rację. Nie siedzę z założonymi rękami, nie czekam, aż coś się zmieni - działam. Może działania trochę niespójne i momentami na oślep, może pomysły na to "lepiej" zmieniam nieco zbyt często, ale coś robię. Fajnie się z tym poczułam. Tak samo, jak z przeświadczeniem, które nagle we mnie powstało: że wszystkie emocje, których doświadczam, są neutralne, że to nie jest tak, że myśli i uczucia są poprawne czy niepoprawne - one po prostu są i niekiedy nie mam na nie wpływu, bo nie można kontrolować wszystkiego. I że czasem warto się im przyjrzeć bez oceniania siebie, możliwych konsekwencji, bez szacowania "opłacalności". Pomyśleć, skąd się to wzięło - ale przede wszystkim przyznać się przed sobą, że coś istnieje. A potem prościej będzie podejmować decyzje i szukać rozwiązania. Nie dostałam lekarstwa - co cieszy. Za to sugestię kilku spotkań z psychoterapeutą podchwyciłam, bo spodobało mi się to, że ktoś mógłby być zupełnie z boku mojego życia i słuchając mnie, podpowiadać pytania, nad którymi warto się zastanowić. Część tego załatwiają przyjaciele, ale im nie mówi się wszystkiego :) Z korzyści jeszcze: jestem bardzo bliska podjęciu ostatecznej decyzji w kwestii zmiany na polu zawodowym. Czasem myślę, że decyzję "czy" to już podjęłam, otwarta jest jeszcze kwestia "kiedy". Chociaż są momenty, w których się zastanawiam, czy na pewno to jest to, czego chcę, ta zmiana. Ciągle mi to w głowie się obraca, siedzę i kminię - dodaję zalety, szacuję straty, jeszcze chyba nie skończyłam obliczeń (ale przecież napisałam to w końcu, werbalizacja w przestrzeni publicznej o czymś świadczy). Rozmowa z doktorem głowologiem zaskutkowała bardzo jasnym podsumowaniem tego, co się dzieje w kwestii mojej pracy - po prostu podsumował to, co ja ubierałam w przedziwne słowa - takie mało precyzyjne i naokoło, takie ostrożne i nieostre, takie bawełniane i łatwe do owijania. I w chwili, kiedy on to wszystko ubrał w kilka prostych i jednoznacznych zdań, poczułam, że już dawno to wiem, tylko nie mogłam się przełamać i walnąć sobie prosto z mostu. I tyle. Notka mi wyszła długawa. To ja już skończę na dziś, gości wczoraj mieliśmy, było wesoło, a teraz jest bałagan. Posprzątam chyba. Sobota sobotą, a porządek musi być :) I - nieprawdopodobne - Mąż znowu śpi... skomentuj (0) 2009-10-03 12:01:43 rewolucja? Decyzje podjęte, jak zaskutkują, to napiszę, a na razie cicho, sza. Nie zapeszam, nie zdradzam, niech dojrzewają w tajemnicy. Brak otagowania jakoś mi przeszkadza, postanowiłam opisywać notki na bieżąco, a archiwalne może kiedyś przekopię. Choróbsko wredne i przebrzydłe chyba sobie pójdzie precz, co z jednej strony cieszy (koniec kasłania, koniec kichania), a z drugiej smuci (koniec zwolnienia). Plan na dziś: wyprawa do księgarni po podręczniki do komputera. Chyba spacerkiem, mam nadzieję, że nie dostanę szoku tlenowego :) A Mąż śpi, też coś! skomentuj (3) 2009-09-25 15:14:18 złapał katar Katarzynę aaaapsik! Wirusy wirują jesiennym powietrzu. Wyłapuję wszystkie skrzętnie. Lato się skończyło, chorujemy. Dzisiaj stanowię broń biologiczną - z racji spożytego czosnku (naturalny antybiotyk, w zasadzie zdrowy i lubię, ale ma swoje niezaprzeczalne wady) groźna jestem dla ludzi i dla wampirów. Tabletki na hormony chyba zaczynają działać, samopoczucie powolutku się stabilizuje, może jednak będzie dobrze. Jabłka jem, pyszne i soczyste, leniwię się w domu, błogość nicnierobienia zaczyna powoli aż męczyć. Poza tym nie dzieje się nic (i nie stanie się nic aż do końca!). skomentuj (3) 2009-09-13 21:56:46 brawo chłopaki!!! Ha! Mamy złotko! Chłopcy od siatkówki - brawo, brawo, brawo (chociaż trzeci set w finale mógł być o wilel ładniejszy). To ja właściwie tyle chciałam zakomunikować :) skomentuj (0) |
księga gości 2010 październik kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec Śmiechowo Lapsus Lazuli na mieście zasłyszane Dla oka koszmary architektury Czytam pilnie pracująca kobieta Dags Fifka Segritta silly rabbit Ministerstwo Słów peensleep Księzycowa Wredota ;) Fiszbina subiektywna Maja rodzinnie Haderech, czyli droga isza ima zapiski teściowej ona bloxuje... eidel aleksandra z życia wzięte |
|||
|
|
||||